MONA: Tasmanian wine, world-class art and a museum hollowed in a rock / tasmańskie wino, światowa sztuka i muzeum w skale

mDSC_0512

MONA Museum of Old and New Art is one of the most distant museums from Poland and one of the most extraordinary I have ever been to. It is difficult to get here. The museum is located in southern Tasmania, in a far district of Hobart, where one can arrive on a museum boat. It was opened in 2011 by a local millionaire, David Walsh.

Wersja polska poniżej

Eccentric owner made his fortune on gambling. His interest in art came as a coincidence. He bought his first works of art in Southern Africa, once it turned out that he cannot take his winning out of the country. He decided to buy valuable objects, instead. Art soon became his lifetime fascination. In the beginning the collection was accessible only for the visitors of his private house, however, the collection soon outgrew the building. The first house museum also did not meet the requirements of a growing collection. First it was only the ancient art from all over the world, then works by contemporary artists. Those in-between are almost absent. Finally time came to buy Moorilla estate with a vineyard, where the MONA was raised.

MONA_boatHowever, raised is not the right word. It was digged and hollowed in a rock. On the ground we have a winery, a brewery, a restaurant with a dominant function for parties, a café, art installations, a lawn with comfy poufs to relax, a tennis court, elegant apartments. When one finally manages to find the entrance to the museum – which is not so simple, as texts facilitating moving around the estate are limited to bare minimum – the elevator takes the visitor to a different world…

Down there everyone is encouraged to take a smartphone with software detecting works in the nearest vicinity (useful as following the trend purifying the exhibition rooms from the texts, the works do not have captions) and start the conquest of a… cave. To improve the perception of art a bar is located in the very entrance to the exhibition space. And here: local drinks, craft beer flooded with awards brewed by Walsh, wine from his own vineyard, tasting of Tasman whiskey. Bustle, music and art. Here nobody is silenced. Indeed, like in classical museum most works cannot be touched, but the atmosphere is more like the one of a street than a temple of art. Everyone with eyes glued to their smartphones, where titles of works, as well as curatorial information, biographies of artists, quotations and sound materials can be accessed. The museum offer includes Egyptian mummies, ancient coins, Wim Delvoy’s “Cloaca Progessional” – the work that turns food into feces, controversial cycle “Cunts… and Other Conversations” by Greg Taylor. Museum’s maxim is: sex and death.

When I was travelling to MONA I did not know what to expect. In all texts I read it was said that this museum is special, that it questions the notion of a museum, that it is an anti-museum. When I asked: ‘What is so special about this museum’, nobody wanted to answer, except: ‘Go, you will see.’ So I went.

Museum connected to a vineyard is a very picturesque combination, but such a museum can be found either in the mainland Australia, and in Slovakia. The elevator, bustle and the atmosphere of a shopping mall is a transposition of Tate Modern and Centre Pompidou. Audio guides are special, indeed (the software was commissioned at the RMIT University in Melbourne, now offered to some other museums), but this is actually only a tool. Interaction with a visitor who can express live one’s feelings of “love” and “have” on the smartphone is a great gadget, it expands the idea taken from the social networks. Works without captions is not a new idea. Juxtaposition of old and new art in exhibition rooms does not happen very often, but it is not new either. Travel by boat: very pleasant, indeed, especially when one can seat on a plastic sheep and enjoy wine. Contemporary art in a space stylized to industrial, with ramps next to the rock formations, really makes a strong impression.

MONA_snakeFor me MONA is unique for combining it all. It is the full experience that starts when entering the museum boat, and ends up by the table with a glass of beer or wine. Boat, alcohol – art in Dionysian surrounding is Walsh’s philosophy – freedom, cave, contemporary architecture, old and new art. The myth of the founder who lives in the estate and discreetly observes the visitors. And the names of the artists that exhibit in MONA – Matthew Barney, James Turrell… Geographically Tasmania is at the end of the world, but in museums it is the first league.

Walsh could have built his museum anywhere in the world. He chose Tasmania because this is where he comes from and he feels connected to this place. Citizens of the island enjoy the free entrance. Museum marketing is limited to minimum – those who should know about the museum, will know about it anyway. Australians often go to Tasmania to see the new exhibition in MONA. A team at the University of Melbourne conducts a research on the effect of MONA, which has many references to the Bilbao effect. This museum without any doubt changed the image of Tasmania. And still changes.

 

MONA: tasmańskie wino, światowa sztuka i muzeum w skale

MONA Museum of Old and New Art to jedno z najbardziej oddalonych od Polski muzeów i jedno z najbardziej niezwykłych, w jakich byłam. Trudno tu dotrzeć. Znajduje się na południu Tasmanii, w odległej dzielnicy stolicy wyspy, Hobartu, gdzie dostać się można muzealnym statkiem. W 2011 roku otworzył je miejscowy milioner, David Walsh.

 

Ekscentryczny właściciel fortunę zbił na hazardzie. Sztuką zainteresował się przypadkowo. Pierwsze dzieła sztuki zakupił w Południowej Afryce, gdzie nie mogąc wywieźć z kraju wygranej, zdecydował się ulokować ją w wartościowych przedmiotach. Sztuka szybko okazała się nie tylko lokatą kapitału, ale też życiową fascynacją. Początkowo udostępniał ją jedynie bywalcom swojego domu, ten jednak szybko stał się za mały dla pomieszczenia szybko rosnącej kolekcji. Pierwsze domowe muzeum także nie sprostało wyzwaniom kolejnych zakupów. Najpierw była to sztuka starożytna z całego świata, potem wyłącznie prace artystów współczesnych. Tych pośrodku prawie nie ma. I tak przyszedł czas na zakup Moorilla, posiadłości z winnicą, w której wzniesiono MONA.

Chociaż wzniesiono to złe słowo. Wykopano i wydrążono. Na powierzchni mamy winiarnię, browar, restaurację z obszerną częścią przeznaczoną dla realizacji przyjęć, kawiarnię, instalacje, trawnik z pufami do wylegiwania się, kort tenisowy, eleganckie apartamenty. Kiedy już uda się znaleźć wejście do muzeum – a wbrew pozorom proste to nie jest, bo na terenie posiadłości celowo zrezygnowano z napisów ułatwiających poruszanie się – windą zjeżdża się do innego świata…

Tutaj każdy chętny może pobrać smartfona z oprogramowaniem wykrywającym prace znajdujące się w pobliżu (przydatne, bo zgodnie z trendem oczyszczającym sale muzealne z napisów, prace nie są podpisane) i udać się na podbój… jaskini. Aby percepcja była odpowiednia, w samym wejściu mamy bar. A tu trunki lokalne, obsypane nagrodami piwo ważone przez Walsha, wino z własnej winnicy, degustacja tasmańskiej whisky. Zgiełk, muzyka. I sztuka. Tutaj nikogo się nie ucisza. Owszem, jak w klasycznych muzeach większości prac nie można dotykać, ale atmosfera przypomina bardziej ulicę niż świątynię sztuki. Każdy ze wzrokiem wpatrzonym w ekran telefonu, gdzie znajdują się tytuły prac, informacje przygotowane przez kuratorów, biogramy artystów, cytaty, ścieżka dźwiękowa. Muzeum tworzą trzy rozległe poziomy. Można tu znaleźć m.in. egipskie mumie, starożytne monety, „Cloaca Professional” Wima Delvoy’a – pracę, która przerabia jedzenie w ekstrementy, kontrowersyjny cykl „Cunts … and Other Conversations” Grega Taylora przedstawiający odlewy wagin. Maksyma muzeum to: sex and death.

Kiedy jechałam do MONA, nie wiedziałam czego się spodziewać. We wszystkich znanych mi tekstach można przeczytać, że to muzeum jest wyjątkowe, że zaprzecza pojęciu muzeum, że to anty-muzeum. Na pytanie: co w nim takiego wyjątkowego, nikt nie chciał odpowiedzieć poza: Jedź, sama zobaczysz. No i zobaczyłam.

Muzeum w połączeniu z winnicą jest bardzo malowniczym rozwiązaniem, ale znaleźć takie można zarówno w kontynentalnej Australii, jak też w sąsiedniej Słowacji. Winda, zgiełk i atmosfera centrum handlowego to jakby transpozycja Tate Modern i Centre Pompidou. Audioguidy rzeczywiście są wyjątkowe (oprogramowanie zamówione na uniwersytecie RMIT w Melbourne jest teraz przekazywane innym muzeom), ale to przecież tylko narzędzie. Interakcja ze zwiedzającym, który może na bieżąco w swoim smartfonie „lajkować” i „hejtować” prace to też świetny gadżet – rozwinięcie możliwości sieci społecznościowych. Prace bez podpisów w muzeum to nie nowość. Połączenie sztuki starożytnej ze współczesną nie zdarza się często, ale też aż tak wyjątkowe samo w sobie nie jest. Podróż łodzią. Przyjemna, owszem, zwłaszcza jak można siedzieć na plastikowej owcy i delektować się winem. Sztuka współczesna w przestrzeni stylizowanej na industrialną, z korytarzami podwieszonymi tuż obok autentycznych skalnych zacieków robi wrażenie.

Dla mnie wyjątkowość MONA polega na połączeniu tego wszystkiego. Na doświadczeniu, które zaczyna się od wejścia na muzealny statek, a kończy przy stoliku ze szklanką piwa lub kieliszkiem wina. Łódź, alkohol – filozofia Walsha to sztuka w dionizyjskim otoczeniu – swoboda, jaskinia, współczesna architektura oraz stara i nowa sztuka. Mit założyciela, który mieszka na terenie posiadłości i dyskretnie podgląda zwiedzających. I do tego nazwiska artystów, którzy tu wystawiają – Matthew Barney, James Turrell… Geograficznie Tasmania jest na końcu świata, ale muzealnie to pierwsza liga.

Walsh mógł swoje muzeum otworzyć gdziekolwiek. Otworzył je tutaj, bo stąd pochodzi i z tym miejscem czuje się związany. Mieszkańcy Tasmanii nie płacą za wstęp. Muzealny marketing ograniczony jest do minimum – kto ma się o muzeum dowiedzieć, dowie się. A Australijczycy na Tasmanię jeżdżą często po to, aby zobaczyć najnowszą wystawę w MONA. Na Uniwersytecie w Melbourne trwają badania nad efektem MONA, które bardzo często odnosi się tu do efektu Bilbao. To muzeum bez wątpienia zmieniło wizerunek Tasmanii. I wciąż go zmienia.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *